Jak długo będzie za mną szło pełne wyrzutu spojrzenie migdałowych oczu? Zawiodłam.
Bezradna, gdy w niemej prośbie kładłeś wychudzony cierpieniem łeb na moich rękach.
- Zejdź po schodach - błagałam, z rozpaczą patrząc jak z trudem wleczesz olbrzymie ciało,
jak stajesz nad przepaścią stopni i bezradnie spoglądasz w dół. Przeklinałam chwilę, kiedy
wprowadziłam Cię do bloku i łapa za łapą, wparta w ścianę korytarza, walczyłam o Ciebie.
Tracąc
równowagę spadałam w Twój i swój strach. Strach, że ... Myśl o zdradzie upychałam w najdalszych
zakamarkach zapomnienia.
Skąd wiedziałeś, że to ostatni spacer?
Nie chciałeś wracać, jakbyś zamierzał zabrać na drogę mowę
naszego miasteczka z bagażem znajomych zapachów.
Ułożyłeś się na śniegu, drżący z wysiłku łeb zwracając
ku słońcu. Pachniało już wiosną. Wesoło dzwoniły sikorki. Gdyby nie oczy ciekawych, może tu właśnie trzeba
było czekać na śmierć. Mozolnie dźwigałam Cię po schodach.
- Jest już stary i bardzo chory - mówili wkoło. Nie chciałam wierzyć. Nie dopuszczałam myśli, że ... Szykowałam
ulubione przysmaki. Okraszałam miłością każdy kęs wkładany do posiwiałego pyska. Z nadzieją wypatrywałam
raźniejszych uderzeń ogonem. Dotykałam miękkich uszu i szeptałam nasze zaklęcia. Znów szliśmy polną drogą
w stronę brzóz, a płowe łapy na ściernisku wystukiwały rytm wierszy. Znów liczyłeś ludzi w autobusie, by
wyłowić mnie z tłumu w szale powitań. Znów kładłeś mądry łeb na maszynie do pisania, ośliniając słowa zbyt
patetyczne wobec prawdy istnienia.
Zastygły u stóp posąg, czujny na każdą niewypowiedzianą myśl. Wierny jak
cień. Taktowny. Pełen godności.
Niewypowiedzianie dobry, gdy skulony z bólu usiłowałeś polizać zapłakaną twarz.
Gdzieś na ścieżkach zaświatów wezmę smycz do ręki, a wtedy stanie przy mnie mój pies ....