MIESIĄC Z ŻYCIA MAŁEGO DOGA.

(autor: Małgorzata Ziemska, hod. REGIUS FLAVENS)

Arabeska przyszła na świat w potoku złocistych iskier, przy akompaniamencie huku petard, które babimojscy miłośnicy pirotechniki odpalali już na trzy dni przed Sylwestrem. Była pierwszym szczenięciem w naszej hodowli REGIUS LAVENS, nic dziwnego, że wokół pręgowanej kluski skupiło się całe życie rodzinne. Okazała się być osobowością niezwykle absorbującą, konkurencyjną nawet wobec świątecznego programu telewizji. Kasowe filmy migały jak w kalejdoskopie na szklanym ekranie - pogardzone przez członków rodziny, którzy urzeczeni wpatrywali się w psie posłanie, gdzie królowała Arabeska, puchata kulka z fantastyczną plątaniną pręgów. Z dumą obserwowaliśmy jej rozwój.
Była jedynaczką. Myślę, że natura skorygowała w ten sposób nasze szaleństwo. Przepraszam za określenie wszystkich braci czy raczej siostry w szaleństwie, którzy hodują dogi w kawalerce lub na którymś piętrze w bloku. Przepraszam za określenie, ale tak postrzegają nas autorzy absurdalnych projektów zakazujących hodowli psów w osiedlach mieszkaniowych - nawet domków jednorodzinnych (np: w Zielonej Górze). Przy naszych możliwościach mieszkaniowych tabun psotnych hałaśliwych szczeniąt mógłby nieco zakłócić dobrosąsiedzkie stosunki, natomiast jedna malutka Arabesia............
Kto u noworodka doziego spodziewał się szlachetnej głowy dorosłego psa, tylko w miniaturze, srodze się zawiódł. Tuż po urodzeniu Arabesia miała spłaszczony pyszczek boksera i trzeba było ponad miesiąca, aby krogulczy nos wyprostował się w godną doga mordkę, ozdobioną miniaturowymi faflami. Na nic zdały się również mądre książkowe opisy. Szczenię miało poruszać się ruchem pływaka. Nieudolnie, bo nieudolnie, ale nasza dożyczka próbowała siły swych łapek, a tylnie nóżki nie były wcale bezwładne. Zupełnie sprawnie wspinała się na mamę i wspierała się na nich w poszukiwaniu "mlecznego baru". Gdy dossała się do sutka, rozlegało się donośne, apetyczne mlaskanie, tak silne że było je słychać nawet przy zamkniętych drzwiach. Po posiłku troskliwa mama brała Arabesię "na masaże". Mała zdawała się nie przepadać za tą pieszczotą. Wiła się niczym piskorz i umykała przed bacznym językiem suki. Po solidnym wylizaniu jedynaczki Ilona chowała małą między przednimi łapami, tuż przy piersi. Upychała i ugniatała ją pyskiem przy sobie, jakby bała się, że może to jedyne dziecko stracić. Wcale też nie miała ochoty wychodzić na dwór. Opuszczała psie posłanie wyłącznie wtedy, gdy ktoś z nas siadał przy Arabesce. Załatwiwszy swoje potrzeby, pędem gnała do domu i bieda, jeśli Vulcan znalazł się w pobliżu. Biedny pies dostawał solidne lanie. Nie zasługiwał na takie baty. Wprawdzie próbował powąchać córkę, ale zazwyczaj schodził suce z drogi. Poczciwe psisko poczuwało się jednak do ojcostwa. Raz dożyca wyszła na krótki spacer, a Arabesia rozpiszczała się żałośnie. Vulcan walczył ze sobą. Chciał ratować małą, ale psie prawo zabraniało mu zaglądać do suczego gniazda. Nie przekraczając więc progu pokoju, zerknął zza węgła, czy dziecku nie dzieje się krzywda, a później jak szalony biegł pod drzwi, gdzie piszczeniem i szczekaniem przyzywał Ilonę. Gdy wpadła do mieszkania, usunął się dyskretnie z drogi i - westchnąwszy ciężko - uwalił na swym posłaniu. Przy ciepłym boku mamy szczenię natychmiast umilkło a po chwili rozległo się głośne zasysanie.
W dziesiątym dniu pręgowana panna zbliżyła się o krok do wizerunku dorosłego psa. W malutkich szparkach oczu pojawiły się źrenice, a następnego poranka powieki rozwarły się zupełnie. Nic nie wróżyło jeszcze wymownego, pełnego mądrości spojrzenia doga. Oczy były brązowoszare i mętne. Gdy przyszła kolej na zęby, gryzienie prócz ssania stało się ulubionym zajęciem dożyczki. Ciągnęła mamę za fafle bądź uszy, a suka wydawała się z tych tortur zadowolona. Lizała córeczkę w otwarty pyszczek, w którym triumfalnie wybił się pierwszy kłujący ząb.
Później dni zaczęły mijać bardzo szybko, a Arabesia zdobywała coraz to nowe sprawności. Pewnego popołudnia wracałam zmęczona ze szkoły. Przy akompaniamencie głośnego wywąchiwania przekręciłam klucz w drzwiach. Powitał mnie czarny, mokry nos Vulcana. Po chwili z dziecinnego pokoju wybiegła Ilona, tuż za nią.......ze zwycięskim popiskiwaniem w stylu: "Oto Jestem !" - turlała się Arabeska. Bardzo zadowolona. Jeszcze nieporadna. Ogromny brzuch na krótkich łapkach z trudem nadążał za mamą, ale ogon merdał już wesoło, zupełnie po doziemu. Tajemnicą pozostanie fakt, jak wydostała się z psiego posłania, pokonując przepaść poręczy.
Uczyła się wciąż nowych rzeczy. Oto niedzielny poranek. Oczywiście nie dane mi było dłużej pospać. O piątej nad ranem ciekawski łebek już wyglądał znad poduszki. Piszczący budzik przybierał na sile. Ilona spała mocno, za to nadbiegł Vulcan. Szczeknął próbując postawić mnie na nogi. O dziwo mój budzik zamilkł. Bystre ślepeczka świdrowały tatę. Po chwili pomarszczony, aksamitny pyszczek powtórzył ojcowe warczenie. Pies strzepnął uszami - Arabeska strzepnęła uszami. Pies ziewnął szeroko - Arabeska ziewnęła tak samo. Pies przeciągną się, powoli prostując łapy - i tu niestety skończyły się możliwości Arabesi. Brzuch przeważył łapy. Rozpłaszczyła się na posłaniu. Z rozpaczy piszczący budzik tak mocno rozdźwięczał, że dog czym prędzej zdezerterował do drugiego pokoju.
Niepostrzeżenie minął miesiąc. Dla ludzkiego noworodka to naprawdę niewiele, psie dziecko w tym czasie zmieniło się nie do poznania. Arabesia jest już bardzo samodzielna. Siada przy mnie w kuchni. Zadziera łebek w górę i zabawnym warczeniem ponagla mnie, żebym pośpieszyła z posiłkiem. Po chwili rozkraczona pochyla się nad miską. Najedzona odskakuje od niej i w jakimś szczenięcym tańcu radości gna jak opętana przez całe mieszkanie. Przed snem musi jeszcze napsocić. Jest amatorką wszelkich dziur, wąskich przesmyków i szpar.Usiłuje wczołgać się pod tapczan, wejść pod szafę, wcisnąć między nie domknięte drzwi. Ilona, która do tej pory czule i troskliwie wylizywała dziecko, teraz nie spuszcza córki z oka i karci ją często. Zwłaszcza gdy mała w zabawie przekroczy miarę lub próbuje w czasie posiłku zajrzeć do jej misy. Obnaża wtedy zęby i błyskawicznie sprawia dożyczce lanie, po którym szkrab ucieka najpierw gdzie pieprz rośnie, a później wraca do mamy znacznie bardziej grzeczny i pokorny. Po takiej lekcji psiego wychowania Arabesia zasypia pod stołem i wtedy ze starymi dogami słuchamy ciszy.
22.02.98 Arabesia jest już w tym uroczym wieku, kiedy ściąga wszystko, co się jej nawinie i niczym odkurzacz wchłania śmieci na swojej drodze. Rzecz jasna nie spuszczam jej z oka. Ponoć jako "matka" jedynaczki jestem nadopiekuńcza. Fakt - nie sposób upilnować tabun takich dozich czortów. Trzeba by jak pogański Bóg mieć oczy ze wszystkich stron głowy. Arabesia podniesiona do potęgi oznacza ruinę mieszkania. Ostatnio tuż przed moim wyjściem do pracy zerwała zasłonę z firaną we frontowym oknie. Blok nauczycielski. Wszyscy spieszą na ósmą do pracy, a Arabesia w balkonowym oknie jak w sklepowej witrynie siedzi na stosie materiału. Zdjęłam płaszcz i dalej wieszać "resztki" w oknie. Brać pedagogiczną wzięło na dowcipy. Miny robią, ręką machają. Mało nie spadłam ze stołka. Do szkoły trafiłam mocno spóźniona. Zła, że aż diabli. Ot i moje dogów hodowanie.
Co wyrośnie z pręgowanej łobuzicy ? Oby trafiła w ręce mądrych, kochających i rozumiejących psy właścicieli. Mamy nadzieję, że będzie ich radością tak jak przez ten miesiąc ogrzewała nasze serca.